something to remember

Madonna na poważnie. Wszystko, co epickie, ikoniczne i co musisz zapamiętać.

Gorzka słodycz

Hard Candy dla wielu jest momentem zwrotnym w karierze współczesnej Madonny. Po raz pierwszy Królowa Popu nie wyprzedziła trendów, zostając daleko w tyle. Spróbujemy wskazać przyczyny niezbyt udanego albumu.

Pod koniec 2006 roku Madonna była ponownie na samym szczycie muzycznego świata. Jej album Confessions On A Dance Floor sprzedał niemal 9 milionów kopii, prawie drugie tyle dołożył singiel Hung Up, a trasa koncertowa Confessions Tour została okrzyknięta najbardziej dochodowym kobiecym tournée wszech czasów! Ponadto w starym dobrym stylu wywołała skandal wśród środowisk religijnych, w międzyczasie wybuchła afera związana z adopcją afrykańskiego dziecka i do tego wyglądała lepiej niż kiedykolwiek – wszyscy orzekli zgodnie: Królowa Popu jest w formie! Z tym większą ciekawością zastanawiano się, jaki będzie jej kolejny ruch...

Jeszcze w grudniu 2006 roku odbyły się pierwsze spotkania w sprawie nowej płyty. Madonnie początkowo spodobał się pomysł kontynuacji ery disco, który bardzo wspierał producent Confessions, Stuart Price. Wytwórnia piosenkarki, Warner Music, również przychylnie zapatrywała się na taki przebieg wydarzeń – wszak przewidywali, iż będzie to ostatni studyjny album artystki, który będą mieli okazję wydać, bo nic nie wskazywało, że ta przedłuży wygasający kontrakt. Skontaktowano się nawet w tej sprawie z Pet Shop Boys, którzy mieliby współpracować z Madonną nad nowym materiałem. Tak szybko jednak jak propozycja padła, tak szybko została wycofana. Dlaczego? Nastroje w Warner Music zmieniły się nieco, gdy przeanalizowano dokładnie wyniki sprzedaży Confessions On A Dance Floor – zarówno album, jak i single były olbrzymimi hitami na całym świecie, za wyjątkiem Stanów Zjednoczonych. Wprawdzie ponad 1.5 miliona sprzedanych płyt to nie był najgorszy wynik, ale wobec tak spektakularnego sukcesu w innych krajach, Amerykanie nie zapałali miłością do Madonny w wersji disco. A co aktualnie kochali? Urban pop czyli mieszankę popu, r'n'b i rapu. Na listach przebojów prym wiodła tzw. czarna muzyka, a największymi gwiazdami tego okresu byli m.in. Justin Timberlake, Rihanna, Timbaland czy Nelly Furtado, która nieoczekiwanie zdecydowała się obrać ten kierunek w swojej twórczości.

Wniosek był prosty – aby osiągnąć sukces w Stanach Zjednoczonych, Madonna potrzebuje tego typu brzmienia na kolejnym krążku. Artystki nie trzeba było długo przekonywać, bo od kilku miesięcy zasłuchiwała się w albumie Justina, Future Sex/Love Sound. Podjęła wyzwanie – znowu chce błyszczeć na parkiecie, ale tym razem pod flagą USA. Stuart Price uważał, że nie jest to dobry wybór i mimo że Madonna chciała kontynuować ich współpracę, odmówił.

Pierwsze tygodnie nowego, 2007 roku, upływają na poszukiwaniu producentów i decyzji personalnych. 25 stycznia w trakcie premiery filmu Arthur and the Invisibles, w którym Madonna udzielała głosu jednej z bohaterek, dziennikarze brytyjskiego Radio 1 pytają ją o nową płytę. Nie zaczęłam jeszcze nad nią pracować, ale nastąpi to wkrótce. Będzie jeszcze więcej tańca – odpowiedziała. I słowa dotrzymała, bo stało się to już w połowie lutego, gdy piosenkarka była w Los Angeles. Nie trzeba było długo się zastanawiać nad tym, z kim tym razem będzie współpracować, bo w wywiadzie dla Sirius Radio sama zdradziła, że właśnie tworzy z Pharrellem Williamsem – słynnym amerykańskim wokalistą i producentem, członkiem kultowej grupy N.E.R.D. Jednym z pierwszych utworów, które razem stworzyli było Candy Shop – pełen seksualnych aluzji kawałek z typową dla Pharrella produkcją. Efekt tak bardzo spodobał się Madonnie, że była już pewna, iż chce kontynuować pracę nad albumem właśnie z Williamsem. Korzystając z okazji, Madonna nagrała z nim również Hey You – utwór promujący jej koncert na Live Earth, które miało się odbyć w lipcu. Nieskomplikowana ballada na gitarę, trochę smyczków i tekst będący zlepkiem kilku jej wcześniejszych piosenek – nie było to drugie Imagine, ale cel i okazja szczytna, więc tego małego „potworka” szybko Madonnie wybaczono.

Od początku jednak było wiadomo, że do produkcji całego krążka nie wystarczy tylko Pharrell – w przerwach między nagraniami manager Madonny, Guy Oseary, skontaktował się z Justinem Timberlakem i poinformował go, że artystka nagrywa nową płytę i uwielbia jego brzmienie, więc mogliby spróbować stworzyć coś razem. Początkowo Justin nie wierzył, że taka współpraca mogłaby dojść do skutku, ale był oczywiście zachwycony perspektywą pracy z Królową Popu. Po kilku tygodniach telefon zadzwonił ponownie – nie tylko do Justina, ale też do Timbalanda, z którym intensywnie pracował przez ostatnie miesiące i który odpowiedzialny był za brzmienie jego płyty Future Sex/Love Sound. Tej samej, która tak bardzo przypadła do gustu Madonnie. Wieści o współpracy plejady gwiazd nie sposób było utrzymać w tajemnicy, więc już na początku kwietnia rzecznik prasowa Królowej Popu, Liz Rosenberg, potwierdziła, że cała trójka pracuje nad muzyką, która ma znaleźć się na nowej płycie jej klientki. Reakcje wśród fanów Madonny były mieszane – perspektywa kolejnych hitów była kusząca, ale z drugiej strony widmo r'n'b i potencjalnych duetów z Justinem i Timbalandem nie napawało nikogo zbyt optymistycznie. Nastrojów nie poprawiły z pewnością dwa utwory wyprodukowane przez Pharrella, które w lipcu i sierpniu 2007 wyciekły do internetu: wspomniane już tutaj Candy Shop i The Beat Goes On. Niezłe melodie nie rekompensowały wytykanych przez większość wad – przeciętnych tekstów, wtórnej produkcji i archaicznego brzmienia. I największy zarzut czyli featuring wokalny Pharrella w obu utworach i znienawidzony przez fanów piosenkarki rap. Zewsząd dochodzą jednak informacje, że to jedynie bardzo wczesne demo i ostateczne wersje będą się od wycieków różnić diametralnie.

Madonna, Timbaland i Justin Timberlake (2008)

Tymczasem Madonna, Timberlake i Timbaland pracują w londyńskim studio nagraniowym w dzielnicy Notting Hill. Królowa Popu była niezwykle dobrze przygotowana i jak wspomina Justin, miała ze sobą notes z wieloma tekstami całych utworów, pojedynczych fraz, wierszy. Współpraca między nimi przebiegała idealnie, bo oboje szybko znaleźli wspólny język. Miles Away i Devil Wouldn't Recognize You to dwa pierwsze utwory, które udało im się wspólnie spłodzić – przy czym ten drugi to re-interpretacja piosenki, którą Madonna napisała już w 2004 roku z myślą o musicalu, nad którym wówczas pracowała. Podobny los spotkał inny utwór z tamtej sesji nagraniowej – Is This Love (Bon D'Accord), któremu ostateczny kształt piosenkarka nadała wraz z Justinem i zatytułowała go Voices. Początkowo Timberlake znacząco udzielał się wokalnie we wszystkich wspólnie napisanych i skomponowanych utworach i dopiero w ostatniej fazie nagrywania zminimalizowano jego rolę, choć były i takie numery, które można śmiało zakwalifikować jako duety. Produkcją zajął się Timbaland, oczywiście z pomocą swojego stałego współpracownika, Danji. Po raz pierwszy od wielu lat Madonna nie uczestniczyła w produkcji piosenek przeznaczonych na jej album i choć nie od razu ta sytuacja przypadła jej do gustu, w końcu zaakceptowała tryb pracy Timbalanda, który słynie z tego, że rzadko kiedy dopuszcza do produkcji kogoś innego. Współpraca przebiegała jednak na tyle dobrze, że już we wrześniu amerykański producent chwalił się na łamach MTV, że stworzył z Królową Popu 10 fantastycznych utworów na jej nową płytę, a całość będzie brzmiała jak old-schoolowa Madonna z Lucky Star czy Holiday, ale z posmakiem r'n'b. Potwierdził także, że na krążku znajdzie się Candy Shop Pharrella, ale nie wspomniał ani słowem, czy wersja, którą słyszał różni się od tej opublikowanej w internecie. Na ten moment tak miała wyglądać płyta – niemal w całości wyprodukowana przez Timbalanda. Wykorzystał on ten fakt i żartował z Pharrella, że powinien się wziąć do pracy, bo inaczej skończy z tylko jednym utworem na albumie Madonny.

Być może miało to wpływ na kolejne sesje nagraniowe Williamsa z Madonną, które odbyły się w październiku w Los Angeles. Pharrell zaprezentował artystce kilka piosenek demo, które stworzył przez ostatnie miesiące z zespołem tekściarzy i wokalistek sesyjnych, m.in. Heartbeat. Madonnie przypadły na tyle do gustu, że postanowiła je nagrać, wprowadzając oczywiście zmiany w warstwie tekstowej i produkcyjnej. Transformacji poddano także wspomniane już The Beat Goes On, które teraz brzmiało jak parkietowy hit z disco klubu. Nieoczekiwanym gościem w tym kawałku został Kanye West, który w tym czasie pracował z Michaelem Jacksonem w sąsiednim studio nagraniowym. Mając ledwie kilka godzin do samolotu, West szybko napisał i dograł swoją partię rapu. Na warsztat wzięto również Infinity – demo Timbalanda, które utknęło w tej fazie i za namową Justina trafiło do Pharrella. Po wprowadzeniu dość gruntownych zmian narodziło się Give It To Me i Madonna tak wstępnie zatytułowała swój nowy krążek, który od tego momentu miał nie być już stricte popisem duetu Justin & Timbaland.

Biuro Warner Music tuż przed Listening Party, 3 grudnia 2007 (Nowy Jork)

Świat zelektryzowała jednak inna wiadomość – po 25 latach współpracy Madonna nie przedłużyła kontraktu z wytwórnią Warner Music i związała się na 10 lat umową z Live Nation, opiewającą na niebotyczną kwotę 120 milionów dolarów. W praktyce oznaczało to, że nadchodzący album będzie ostatnim studyjnym, który piosenkarka zrealizuje dla Warnera. Wierzono zatem, że obie strony dołożą wszelkich starań, aby pożegnalna płyta była ogromnym sukcesem. Na początku grudnia materiał był już gotowy, przyszedł więc czas, aby przedstawić go wytwórni i najbliższym współpracownikom. W tym celu odbyło się Listening Party, które 3 grudnia 2007 zorganizowała w siedzibie Warnera Liz Rosenberg. Jej motywem przewodnim były wszelkiej maści słodycze: cukierki, lizaki, znalazło się też miejsce na szampana. Nieco poddenerwowana Madonna oznajmiła zgromadzonym gościom, iż kilka dni temu dobiegł końca ostateczny miks materiału i na płycie zatytułowanej Give It To Me znajdzie się miejsce dla 13 utworów, a data jej premiery to koniec kwietnia 2008. Jako pierwsze zostały odtworzone Candy Shop i 4 Minutes To Save The World – nieprzypadkowo, bo między tymi dwoma piosenkami rozgrywała się walka o bycie singlem numer jeden z albumu. Osobistym faworytem Madonny był ten pierwszy, ale ku jej lekkiej irytacji ze zdecydowanie lepszym przyjęciem spotkał się duet z Justinem, który brzmiał jak natychmiastowy hit. Potem w losowej kolejności odtworzono jeszcze 8 utworów: tytułowe Give It To Me, Miles Away, Devil Wouldn't Recognize You, She's Not Me, Heartbeat, Voices, Dance Tonight, i The Beat Goes On, przy którym Madonna jasno dała do zrozumienia, że ten kawałek na pewno nie będzie singlem. Przyjęcie najwyraźniej rozwiało wątpliwości piosenkarki co do wyboru piosenki promującej album, bo dwa tygodnie później Timbaland w wywiadzie dla radia Z100 ogłosił, że fani usłyszą nowy singiel Królowej Popu i Justina już w styczniu. 16 grudnia Timbo nieoczekiwanie odtworzył dwie minuty 4 Minutes To Save The World na imprezie Jingle Bell w Filadelfii. Amatorskie nagranie z tego wydarzenia szybko obiegło internet i choć jakość nie była najlepsza, pojawiło się wiele sceptycznych głosów – że znowu typowa i nudna produkcja Timbalanda, jego beatbox, dużo wokalu Justina i średnio zauważalna Madonna. Podobnie jak w przypadku wycieku wersji demo Candy Shop i The Beat Goes On, pocieszano się informacjami o domniemanym remiksie czy wersji alternatywnej, zupełnie różnej od tej, która miała znaleźć się na płycie.

Singiel promujący został więc już wybrany, zaaranżowano również produkcję wideoklipu, którą powierzono francuskiemu duetowi Jonas & Francois. Filmowanie teledysku do 4 Minutes To Save The World zaplanowano na 3 ostatnie dni stycznia 2008. Natomiast jeszcze w starym roku, 21 grudnia, Madonna wzięła udział w sesji zdjęciowej do płyty, a za aparatem stanął Steven Klein. Piosenkarka postanowiła, że jej kolejnym wcieleniem będzie seksowna bokserka M-Dolla – autorem tej ksywki był Pharrell, który często w ten sposób zwracał się do Madonny w trakcie nagrań. W londyńskim studio przygotowano więc ring i kilka stylizacji, mocno nawiązujących do stylu bokserskiego, którymi zajęła się Bea Akerlund. Na specjalne zamówienie designer firmy Reggie Parks Championship Belts, Rico Mann zaprojektował również wyjątkowy pas bokserski dla piosenkarki, wysadzany 24-karatowym złotem. Znalazł się na nim zarówno tytuł płyty, jak i przydomek nowego alter ego Madonny. Sesja trwała cały dzień i w pewnym momencie Madonna pomalowała całą swoją twarz na czarno i kazała dalej robić zdjęcia Kleinowi, żartując do swojego managera, że to powinno trafić na okładkę płyty i zatytułować ją Black Madonna. Kiedy Guy Oseary zdał sobie sprawę, że Madonna nie do końca żartuje, szybko przekonał ją, że to nie najlepszy pomysł...

Pas bokserski zaprojektowany specjalnie dla Madonny przez Rico Manna z Reggie Parks Championship Belts

Niestety, gdy ostateczne efekty sesji zdjęciowej zostały zaprezentowane piosenkarce, nie była zachwycona. Plotki głoszą, że z tego powodu doszło nawet do dużej kłótni między nią a Kleinem i ostatecznie wykorzystano zaledwie kilka zdjęć. Kilka miesięcy później w ramach „rewanżu”, Madonna postanowiła nie korzystać z fotografii jego autorstwa przy wyborze kadrów do plakatów reklamujących nową trasę koncertową i tourbooka – wzięła udział w nowej sesji zdjęciowej i ponownie jako bokserka M-Dolla stanęła przed obiektywem, ale tym razem Toma Munro – fotografa, z którym pracowała przy okazji zdjęć do magazynu ELLE. Nieudane zdjęcia do albumu nieco zmąciły początkową wizję piosenkarki, a ponadto Warner Music zgłosił swoje wątpliwości co do zaproponowanego tytułu. Pracownicy wytwórni przekonywali Madonnę, że Give It To Me to nie jest najlepsza nazwa z prostego powodu – identycznie zatytułowany był wielki przebój Timbalanda, który wciąż był świeżo obecny w pamięci odbiorców i z marketingowego punktu widzenia byłoby to duże faux pas. Zaczęto rozważać więc inne tytuły, a Madonna koniecznie chciała, aby miały coś wspólnego ze słodyczami i Candy Shop, z którego zrezygnowała jako singla promującego. Brano pod uwagę m.in. Sticky And Sweet, ale ostatecznie zdecydowano się na Hard Candy, które wydawało się idealnym kompromisem między słodkimi zapędami Madonny a bokserską sesją zdjęciową. Sticky And Sweet zaś posłużyło na nazwę przyszłej trasy koncertowej. Przyszedł również czas na ostateczną selekcję utworów i zatwierdzenie tracklisty Hard Candy – okazało się, że mimo buńczucznych zapowiedzi Timbalanda, jedynie 5 jego utworów trafi na płytę. Takie perełki jak Across The Sky, Animal czy Latte musiały ustąpić miejsca produkcjom Pharrella. Do ostatniej chwili ważyły się też losy She's Not Me, ale koniec końców utwór pojawił się na albumie. Wszystko było gotowe – tytuł, tracklista, okładka i booklet. Na przełomie marca i kwietnia 2008 roku nowa era Madonny i jej 11-ty studyjny album stały się faktem.

Tyle jeśli chodzi o genezę powstawania Hard Candy, które w opinii wielu jest momentem zwrotnym w karierze Madonny, ale zwrotem jak najbardziej negatywnym. Dlaczego? Powodów jest wiele. Przytoczona przeze mnie niechęć ze strony fanów miała już swój początek na długo przed ukazaniem się Landrynki na rynku. Amerykańskie brzmienie i współpraca na dużą skalę z bardzo znanymi artystami na starcie nie miała szans w oczach sympatyków Królowej Popu, która przyzwyczaiła wszystkich do wyznaczania trendów. Tym razem za nimi podążyła, w dodatku mocno spóźniona, bo w chwili premiery Hard Candy, na rynku pojawiło się już co najmniej kilka płyt eksplorujących to brzmienie, a środowisko muzyczne było wręcz przesycone obecnością Timbalanda, który zdawał się produkować dla wszystkich, w dodatku powielając się niemiłosiernie. W opozycji do Loose Nelly Furtado, które ukazało się niemal dwa lata wcześniej, nowa płyta Madonny wypadła po prostu blado – wprawdzie jak młodsza, ale uboższa i brzydsza siostra. Być może niektórzy byliby w stanie znieść świadomość, że za produkcję odpowiadali Timbaland, Justin czy Pharrell, ale każdy z nich miał swój wokalny udział, mniejszy lub większy, w niemal każdym utworze. Madonna do tej pory nie kojarzyła się z kolaboracjami z innymi znanymi artystami – do 2008 roku zdarzyło jej się to raptem trzy razy: w 1989 na Like A Prayer mogliśmy usłyszeć Prince'a, w 1994 na Bedtime Stories wspomagał ją Babyface, a trzy lata później Madonna gościnnie wystąpiła na płycie Ricky'ego Martina. Zresztą analogii w stosunku do Bedtime Stories jest więcej – również wtedy piosenkarka starała się przypodobać amerykańskiej publiczności i efekt był podobny, przynajmiej w komercyjnym rozrachunku: jeden wielki hit z udziałem znanego wokalisty i płyta, która przeszła bez echa. Być może zestawienie 4 Minutes i Take A Bow to dla wielu mezalians nie do pomyślenia, ale faktem jest, że oba single, nie bacząc na ich artystyczną wartość, miały jeden podstawowy cel do spełnienia – numer jeden na HOT100 Billboardu. Wprawdzie 4 Minutes się to nie udało, ale trzecia pozycja na liście, dziesięć tygodni w TOP10 i przyzwoity airplay to osiągnięcie, o którym Madonna po 2003 roku mogła pomarzyć, więc kolaboracja z JT i Timbalandem w tym wymiarze jak najbardziej zdała egzamin.

Nie bez znaczenia jest też fakt dość mizernej promocji tego wydawnictwa, szczególnie porówując to do medialnej ekspansji zaserwowanej przy Confessions On A Dance Floor. Dużo uwagi poświęcono jedynie wywiadom do rozmaitych magazynów, m.in. Vanity Fair, ELLE, Dazed and Confused czy Interview. Madonna spoglądała na nas z wielu okładek, ale i tutaj pojawił się problem – każda z nich była inna. Po raz pierwszy od wielu lat zabrakło motywu przewodniego, wizerunku-persony, który spajałby jej osobę i muzykę. M-Dolla poległa z kretesem, przepadła gdzieś między jedną a drugą sesją zdjęciową, które może i były miłe dla oka, ale o nowej Madonnie nie mówiły absolutnie nic. Jeśli mowa o wizerunku to nie można nie wspomnieć o 50-tych urodzinach artystki, które odcisnęły na niej ogromne piętno, choćby nie wiadomo jak bardzo się wzbraniała przed przyznaniem tego. Postępująca ingerencja chirurga plastycznego, słynne nowe policzki, coraz bardziej skąpe stroje – zapachniało trochę desperacją i przekonywaniem, że wciąż jest sexy na siłę, bo przecież nikt jej tego nie odmawiał, ale tym razem starała się aż za bardzo.

Zamiast tradycyjnego tournée po telewizjach na całym świecie, wywiadów i występów, zdecydowano się na uproszczony wariant – w Los Angeles zorganizowano tzw. press junket, gdzie przez cały dzień Madonna przyjmowała dziennikarzy z całego świata, a każdy z nich miał około 15 minut na przeprowadzenie wywiadu dla lokalnej telewizji. Opowiadając o Hard Candy Madonna nie wykazywała zbytniego entuzjazmu, wydawała się znudzona i zirytowana, szczególnie pytaniami o autobiograficzne wątki nowych utworów, nawiązujące do domniemanego jeszcze wtedy kryzysu w jej związku z Guyem Ritchie. Nie jest eleganckim grzebać w życiu prywatnym swoich idoli, ale faktem jest, że na początku 2008 roku małżeństwo Madonny i Guya istniało już tylko na papierze, a decyzja o upublicznieniu rozwodu została odłożona niemal o rok i w tym czasie oboje udawali wzorowe małżeństwo na czerwonym dywanie, zresztą ze średnim skutkiem, bo prasa aż huczała od plotek. Kryzys w związku, doniesienia o romansie z bejsbolistą A-Rodem i książka Christophera Ciccone, który odmalował niezbyt pozytywny wizerunek swojej siostry – to wszystko zajmowało prasę tabloidową na całym świecie w momencie, gdy na pierwszym planie miała być muzyka.

Warner planował nieco bardziej ekstensywną promocję Hard Candy, ale Madonna stanowczo odmówiła powtórki z promo Confessions – sama przyznała w wywiadzie z Jo Whiley, że jest zmęczona perspektywą jeżdżenia po całym świecie z występem do jednej piosenki, tak jak to miało miejsce przy Hung Up. Zamiast tego zorganizowano trzy mini-koncerty promo – w Nowym Jorku, Paryżu i Londynie, które zebrały pozytywne recenzje i dawały nadzieję, że nadchodząca trasa koncertowa wypadnie równie efektownie i tchnie nowe życie w nie najlepiej przyjęty przez fanów album. Trasa Sticky & Sweet była zresztą kolejną kością niezgody między Madonną a Warnerem, bo włodarze wytwórni mieli nadzieję, że piosenkarka zaangażuje się w promocje swojej ostatniej płyty z ich stajni, ale szybko musieli zaakceptować scenariusz, w którym artystka zamiast koncentrować się na promocji Hard Candy, wyjeżdża w długie tournée ze swoim nowym pracodawcą – Live Nation.

Alternatywne wersje okładki albumu z wykorzystaniem odrzuconych zdjęć (by lukau13)

Madonna była zaangażowana w promocję, ale swoich innych wydawnictw – reżyserskiego debiutu Filth & Wisdom i dokumentu I Am Because We Are o sierotach z Malawi, który z oczywistych względów był bliski sercu piosenkarki. Premiery obu zbiegły się w czasie z wydaniem nowej płyty i choć Madonna wyraźnie starała się sprawiedliwie podzielić czas na promocję poszczególnych projektów, wyszło jak zawsze – każdy z nich ucierpiał tak samo.

widmo łapania zbyt wielu okazji naraz wisi nad Madonną do dziś, bo jej miłość do filmu nie osłabła, a kolejne biznesowe projekty nieco rozmieniają ją na drobne, mimo iż przynoszą sukces to coraz bardziej zacierają granicę między Madonną-artystką, a Madonną-bizneswoman. Może to nic nowego w jej 30-letniej karierze, ale do tej pory potrafiła balansować na tej granicy z wprawą i gracją, teraz zaś do perfekcyjnej machiny zaczął się wkradać chaos.

W powyższym tekście bardzo często pada określenie nie najlepiej przyjęty przez fanów w stosunku do Landrynki. Jest to zabieg celowy i walka z mitem jakoby Hard Candy było klapą nie tylko artystyczną, ale i komercyjną, co zupełnie mija się z prawdą. Album wprawdzie nie powtórzył fenomenalnego sukcesu Confessions, ale na tle wydawnictw z 2008 roku wypadł dobrze, znajdując się nawet w pierwszej dziesiątce zestawienia najlepiej sprzedających się płyt amerykańskich artystów. Singiel 4 Minutes zdobył pierwsze miejsce na listach przebojów w ponad 20 krajach i sprzedał się w nakładzie ponad 4 milionów kopii, a w USA był największym singlowym sukcesem Madonny od czasów Vogue. Give It 2 Me nawet nie zbliżyło się do takich wyników, ale utwór ten był na pewno jednym z większych radiowych hitów w Europie w tym czasie i dołożył Królowej Popu kolejne TOP10 w Wielkiej Brytanii. Miles Away ciężko uznać za singiel, bo z uwagi na rozwód Madonna wstrzymała wydanie teledysku do tego utworu, aczkolwiek koncertowy montaż, który potem znalazł się na DVD Celebration pewnie niewiele by pomógł. Podsumowując, Hard Candy nie bryluje wśród innych albumów Madonny swoimi wynikami, ale biorąc pod uwagę ówczesną sytuację na rynku muzycznym i okoliczności promocyjne, a raczej ich brak – daleko tej płycie do spektakularnej komercyjnej porażki, o której tak chętnie piszą jej krytycy.

Pokuszę się jednak o nazwanie Landrynki prekursorką, ale niestety negatywną. Album ten zapoczątkował bardzo niepokojący trend w przypadku Madonny, mianowicie bardzo pobieżny udział w tworzeniu i produkcji materiału. Na Hard Candy są utwory, do których niemal nie przyłożyła ręki, w warstwie produkcyjnej bądź tekstowej, mimo informacji odwrotnej w zakładce Credits w booklecie płyty. Trend ten został kontynuowany przy pracy nad bonusowymi utworami na składankę Celebration, a na jeszcze większą skalę przy kolejnym albumie, MDNA. Czy to tylko chwilowa słabość czy sytuacja, której świadkami będziemy coraz częściej w przyszłości? Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bo już wiele razy skreślano Madonnę, a i w przeszłości nie szczędzono jej tego typu słów i to przy płytach dużo lepszych niż Hard Candy. Wypada mieć nadzieję, że Królowa szybko otrząśnie się z artystycznej niedyspozycji, a Landrynkę za kilka lat będziemy wspominać jako słodką pomyłkę. Bo to przecież nie jest aż tak zła płyta – zły był czas na serwowanie takich przysmaków i odgrzewanie ich, zamiast zaserwowania nowych.

PG

NOWY PROFIL!

Polub nasz nowy polski profil na FB!

. komentarzy