something to remember

Madonna na poważnie. Wszystko, co epickie, ikoniczne i co musisz zapamiętać.

Behind the MDNA

Płyta MDNA miała być wielkim powrotem Królowej Popu, a jak było w rzeczywistości? Zastanawiamy się nad tym w rok po jej premierze.

W marcu 2012 swoją premierę miał dwunasty studyjny album Madonny – MDNA. Oczekiwania wobec każdego nowego wydawnictwa Królowej Popu są zawsze wysokie, ale w tym wypadku sytuacja była o tyle szczególna, że piosenkarka wracała z nową płytą po najdłuższej przerwie w swojej dotychczasowej karierze, bo dokładnie po 4 latach. Nie bez znaczenia był też fakt, iż poprzedni album Hard Candy nie zdobył serca ani fanów, ani krytyków i choć sprzedał się nieźle i wyprodukował dwa hitowe single to jednak w świadomości mas nie zapisał się nadzwyczaj pozytywnie. W ciągu tych 4 lat zmieniła się też sytuacja na rynku muzycznym – gwiazdy takie jak Lady Gaga, Rihanna czy Katy Perry wysunęły się na prowadzenie w kobiecym świecie muzyki pop, a miarą sukcesu przestały już być wyniki sprzedaży albumu, a pozycje singli na iTunes. Wszystko to sprawiło, że w MDNA upatrywano wielkiego powrotu Madonny – co najmniej tak głośnego, jak w 1998 przy płycie Ray Of Light.

Jaki był finał tych oczekiwań? Na pewno rozczarowanie, choć ciężko postawić na całej erze MDNA krzyżyk – głównie z uwagi na fantastyczną trasę koncertową, niektórzy twierdzą nawet, że najlepszą w karierze Madonny od słynnego Blond Ambition Tour. Guy Oseary, manager gwiazdy, w odpowiedzi na narzekania fanów na niezbyt efektowną i daleką od tradycyjnej promocję MDNA, napisał swego czasu na swoim Twitterze: Porozmawiamy za rok. Sugerując oczywiście, że długoterminowy w ich zamierzeniu plan przyniesie efekty. Mija właśnie 12 miesięcy, więc warto zadać sobie to pytanie znowu – dlaczego powrót Królowej Popu nie sprostał oczekiwaniom fanów i publiki?

NIEKONWENCJONALNA PROMOCJA

Takiego sformułowania użył wspomniany już Guy, gdy zarzucano mu brak podstawowych działań promocyjnych przy okazji premiery MDNA. Od ponad dekady bowiem było już tradycją, że ilekroć na rynku pojawia się nowa płyta Madonny to piosenkarka szturmuje media – telewizyjne występy z premierowym materiałem, niezliczone wywiady, okładki magazynów. Tym razem tego wszystkiego zabrakło. Madonna dała wprawdzie niezapomniany spektakl w trakcie Super Bowl, ale było to wydarzenie, które swoim zasięgiem skupiło się niemal tylko na Stanach Zjednoczonych i właśnie tam zapewniło wysoką sprzedaż biletów na nadchodzące tournée i świetny wynik sprzedaży płyty w pierwszym tygodniu. Reszta świata pozostała niewzruszona.

Czy brak tak elementarnych kroków promocyjnych można usprawiedliwić? W pewnym sensie tak. Madonna tuż po występie na SuperBowl udała się na krótki urlop, aby już po 2 tygodniach wrócić na salę prób i przygotowywać trasę koncertową The MDNA Tour, która przewidywała wstępnie niemal 100 koncertów na 5 kontynentach. Nijak więc mogła znaleźć czas na dodatkowe działania promocyjne. Genezy tak nieprzemyślanego grafiku piosenkarki należy szukać jeszcze w drugiej połowie 2011 roku. Plan Madonny na ten rok był jasny – do czerwca miała uporać się z montażem swojego reżyserskiego dziecka W.E., a potem oddać się nagrywaniu nowej płyty z krótką przerwą na kilka promocyjnych wizyt w Europie i USA w związku z premierą filmu, która zaplanowana była na ostatni kwartał 2011. Plan legł w gruzach we wrześniu, gdy W.E. zostało zmiażdżone przez krytyków w trakcie festiwalu filmowego w Wenecji, co zmusiło Madonnę do powrotu do pokoju montażowego i przesunięcia premiery filmu na pierwszy kwartał 2012. Warto zaznaczyć, że gwiazda nie miała wpływu na te zobowiązania, gdyż podpisała pakt z diabłem – legendarnym Weinstein Company. W tym samym czasie Guy Oseary wynegocjował występ Madonny na Super Bowl, co oznaczało, że przełom roku gwiazda spędzi na przygotowaniach do wielkiego show. W praktyce oznaczało to, że na promocję płyty nie wystarczy po prostu czasu. Premiery płyty czy rozpoczęcia światowego tournée nie dało się już przesunąć, ale też nikt nie wykazywał takiej chęci.

I choć Madonna pod naciskiem Guya udzieliła kilka wywiadów w związku z premierą płyty to ciężko porównać to choćby z promocją Hard Candy, która również była krytykowana przez fanów za małą efektowność (i efektywność!), ale w zestawieniu z MDNA możemy promo Landrynki nazwać wręcz zmasowanym.

POLITYKA SINGLOWA

Madonna zawsze słynęła ze znakomitej polityki singlowej i choć zdarzały się jej potknięcia to ciężko mówić o tym, aby nie miała świetnej intuicji w tej kwestii. A już na pewno nie w przypadku singli, które bezpośrednio promowały każdą jej nową płytę. Nawet znienawidzone przez fanów 4 Minutes sprawdziło się fantastycznie i podbiło listy przebojów na całym świecie. W przypadku MDNA niestety instynkt gwiazdy zawiódł i to na całej linii. Give Me All Your Luvin', które otwierało promocję płyty to utwór, który nigdy nie powinien się ukazać. Jego obecność w dyskografii Madonny może być usprawiedliwiona jedynie jej występem na Super Bowl, bo w takiej stylistyce utrzymana była zarówno sama piosenka, jak i towarzyszący jej teledysk, co do którego jakości ciężko mieć jakiekolwiek zarzuty. Jeśli chodzi jednak o singiel, który miał zwiastować powrót Królowej Popu po 4 latach nieobecności to Give Me All Your Luvin' zapowiadało raczej równię pochyłą w dół. Szczęśliwie utwór trafił do pierwszej dziesiątki listy przebojów Billboardu i stał się 38. singlem piosenkarki w amerykańskim TOP10, co jest absolutnym rekordem. Nie oznacza to jednak, że piosenka podbiła serca Amerykanów, bo sprzedaż singla nie była porywająca, ale występ na Super Bowl i kontrakt z koncernem Clear Channel, który gwarantował jej wysoki airplay pozwoliły mu na chwilowy błysk na liście przebojów. Poza USA sytuacja wyglądała już fatalnie, szczególnie w Wielkiej Brytanii, gdzie GMAYL dotarło na 37 pozycję, co było najgorszym wynikiem nowego singla Madonny od czasów Everybody... Nie bez znaczenia było też fatalne przeoczenie brytyjskiego oddziału Interscope, które włączyło Give Me All Your Luvin' do specjalnej promocji na iTunes, gdzie utwór był gratisem w przypadku pre-orderu płyty MDNA. I choć iTunes pobierał opłatę za ten gratis to sprzedaż z promocyjnego weekendu nie była brana pod uwagę przy kompilowaniu notowania brytyjskiej listy.

Potknięć Interscope było więcej – niezrozumiałe różnice czasowe w premierach w Europie i USA, praktyczny brak fizycznych wydań i zerowa wręcz promocja. Choć łatwo zrobić z nich kozła ofiarnego to jednak problem był ponoć dużo bardziej złożony i przedstawiciele wytwórni, którzy chcą oczywiście pozostać anonimowi, jasno wskazywali na Madonnę i jej management jako źródło wspomnianych nieporozumień i pomyłek.

Kolejnymi singlami zostały odpowiednio Girl Gone Wild i Turn Up The Radio, ale poniosły jeszcze większą klęskę niż GMAYL. Czy można było wybrać lepiej? Utwory te, choć efektowne i przebojowe, nie przypadły szerszej publiczności do gustu, przynajmniej tej jej części, która o ich istnieniu w ogóle wiedziała. Moim zdaniem MDNA oferowała dużo efektowniejsze możliwości niż to, co zaproponowała nam Madonna z wyżej wymienionymi singlami. Nie będę rozwodził się tutaj nad fanowskimi fantazjami pt. singiel Gang Bang z teledyskiem Tarantino, ale wystarczy spojrzeć, jak ciepły odbiór w niektórych stacjach radiowych spotkał choćby Masterpiece czy Love Spent. I ma to równie silny związek z samą muzyką, jak i kolejnym punktem, który chcę poruszyć.

GIRL GONE TOO WILD

Nie jest przypadkiem, że akurat te utwory, które wymieniłem w poprzednim akapicie cieszyły się większą przychylnością radiowców i krytyków. Wspomniane Masterpiece czy szczególnie Love Spent to przykład Madonny, za którą tęsknią chyba już wszyscy – dojrzałej, potrafiącej wytrawnie łączyć różne gatunki muzycznej, mającej coś do zaprezentowania w warstwie tekstowej, emocjonalnej. Tymczasem 54-letnia piosenkarka wciąż forsuje swój wizerunek, w którym jest szaloną, młodą i skłonną do zabawy kobietą. I być nie może nie byłoby w tym nic złego, bo przecież należy forsować wiekowe bariery i sprzeciwiać się społecznym konwenansom, według których Madonna powinna już w ogóle zejść ze sceny, o paradowaniu w samych majtkach nie wspominając, ale image wyzwolonej babci-nastolatki serwuje nam już od niemal dekady. Im więcej słów krytyki i zniesmaczenia, tym więcej ubrań z siebie ściąga. Osobiście mam mieszane uczucia, bo z jednej strony podoba mi się to fuck you w kierunku krytyków i sugestii o emeryturze. Niemal dwie dekady temu Madonna inicjowała rewolucję seksualną i prawo kobiety do wyrażania swojej seksualności w sposób równie niepohamowany co mężczyzna, teraz więc naturalna koleją rzeczy w jej karierze wydaje się walka z ageizmem. Ale myślę też, że pora na zmianę, bo jak na królową metamorfoz i kameleona scenicznego, to nasza gwiazda wpadła po raz kolejny w seksualną pułapkę, z której nie tyle nie może, co po prostu nie chce wyjść. Ponadto eksploatując do bólu wizerunek seksbomby posługuje się symbolami i tematyką, którą już zdążyła niejednokrotnie wykorzystać w swojej twórczości i to niemal dwie dekady temu, co mogłoby sugerować desperacką próbę powrotu albo choćby nawiązania do czasów świetności.

Jest to tym bardziej przykre, że Madonna ma do zaoferowania dużo więcej niż swoje wysportowane ciało i powabne kostiumy. Na MDNA śpiewa bowiem nie tylko o zabawie i parkietowych szaleństwach, ale porusza też dużo bardziej osobiste tematy, nierzadko naznaczone refleksją. Echa rozwodu z Guyem Ritchie wręcz dominują na krążku i są pięknym muzycznym testamentem tej relacji – długotrwałej, niełatwej, okraszonej bólem i rozczarowaniem, ale też tęsknotą za utraconą miłością. To właśnie te fragmenty płyty wzbudzały najwięcej kontrowersji jeszcze przed jej oficjalną premierą, a krytycy wróżyli, że MDNA będzie kolejną po Like A Prayer płytą rozwodową. Piosenkarka najwyraźniej nie podzielała ich zdania i postawiła na bycie pop-wampem, a nie zadumaną byłą żoną. A szkoda, bo paradoksalnie niektóre teksty zawarte na tym albumie należą do jednych z najbardziej autobiograficznych w jej całej karierze.

DIFFERENT KIND OF GIRL... NOT!

W jednym z niewielu wywiadów, jakich Madonna udzieliła przy okazji promocji płyty, wyznała, że w trakcie jej tworzenia dużą wagę kładła na to, aby nie brzmieć tak, jak wszystko co możemy usłyszeć w radiu. I jeśli wypowiedziała te słowa całkiem serio to niestety, ale poległa na całej linii. MDNA to już (dopiero?!) druga płyta w dyskografii piosenkarki, która nie wyprzedza trendów, a wręcz odwrotnie – z lekką zadyszką próbuje nadążyć za aktualnymi. Muzycznie jest bardzo nierówno i choć zdarzają się momenty przebłysku w postaci Gang Bang czy przywoływanego już wielokrotnie Love Spent to giną one w morzu muzycznej nijakości i poziomu, do którego przyzwyczaiły nas wszystkie inne pop gwiazdki, ale nie Madonna. Większość utworów, z wyjątkiem tych nacechowanych personalnie, mogłaby zaśpiewać Britney, Rihanna lub inna Katy Perry. To zawsze stanowiło o wartości Królowej Popu – mimo pewnych braków w wokalu, w warsztacie, ekspresji – jej przeboje należały tylko do niej, a każde podejście innej wielkiej gwiazdy do interpretacji jej utworów kończyło się tylko uśmiechem politowania. Tutaj role się nieco odwróciły – to Madonna próbuje brzmieć i śpiewać jak ktoś inny. Świadomie? Miejmy nadzieję, że nie, a przeświadczenie o tym, że Martin Solveig lub Benny Benassi gwarantują fonię niespotykaną nigdzie indziej wynika z faktu, iż w przeciągu ostatnich 3 lat nasza idolka nie miała po prostu czasu włączyć radia.

Na pewno dużym zawodem były też efekty ponownej współpracy z Williamem Orbitem. Wyniesiony przez fanów na ołtarze producent miał zwiastować kolejny brylant w dyskografii Madonny. Wszak człowiek, który w dużej mierze odpowiadał za magiczne brzmienie płyty Ray Of Light nie mógł się pomylić. A jednak. Produkcje Orbita na MDNA to tylko cień jego możliwości i smutne echa dawnych lat. Wprawdzie Brytyjczyk próbował się niejako wytłumaczyć na swoim Facebooku pisząc o tym, że proces twórczy tym razem nie należał do idealnych, bo głowę Madonny zaprzątały też inne projekty, ale nie zmienia to faktu, że i jego umiejętności i talent tym razem zawiodły, a może delikatniej – spisały się poniżej pewnych oczekiwań.

Jak więc można podsumować to roczne rozliczenie z MDNA? Głupotą byłoby skreślać Madonnę, bo już wielu tego próbowało, a ona i tak potrafiła powrócić w glorii. Dwunasty krążek w jej karierze z pewnością nie jest jej najgorszym, nie jest też całkiem złą płytą, ale muzycznie nie wnosi absolutnie nic. Daje jednak momentami nadzieję, że Królowa wróci na odpowiednie tory, podobnie zresztą jak towarzysząca albumowi trasa koncertowa. Taką Madonnę chcą oglądać i słuchać wszyscy – teatralną, zaangażowaną, nierzadko emocjonalną, agresywną, ale też potrafiącą się szczerze bawić. Teraz wypada tylko trzymać kciuki, aby równie pozytywna energia i kreatywny zapał towarzyszył jej nie tylko na scenie, ale również w studiu nagraniowym. Trzynastka w Kabale to szczęśliwa liczba, czerwona bransoletka wciąż dumnie prezentuje się na nadgarstku gwiazdy, więc trzynasty studyjny album, który zdaniem wielu usłyszymy jeszcze w tym roku, nie może się nie udać!

 

PG

NOWY PROFIL!

Polub nasz nowy polski profil na FB!

. komentarzy